1234567

Relacja z wyprawy na Biegun Pólnocny lodołamaczem atomowym

  
W tej sekcji umieszczamy relacje z podróży, wycieczek czy wakacji

Relacja z wyprawy na Biegun Pólnocny lodołamaczem atomowym

Nieprzeczytany postprzez ccc » 11 lut 2018 04:02

Plany:
Rok był wyjątkowy, postanowiłem zrealizować niezapomniane wyprawy. :)
Szukałem czegoś szczególnego, extremalnego i zacząłem przeglądać różne oferty.
Wyprawę na Biegun Północny znalazłem w Internecie, zadzwoniłem do biura w Niemczech, ale wszystkie miejsca były już zajęte, nawet te najdroższe.
Zawsze marzyłem o trasie transsyberyjskiej, więc zamówiłem w innym biurze na m-c maj 3 tyg. wyprawę luxusowym pociągiem "Zarengold-Sonderzug" w prywatnym przedziale, aby było ciekawiej z Szanghaju do Moskwy. Wyprawa była niesamowita, myślę że warto kiedyś usiąść i napisać relację, a wiele sie działo.

Kilka dni przed wylotem A380 z Frankfurtu do Szanghaju dzwonią do mnie z Niemiec, że zwolniło się jedno miejsce na biegun, w kabinie na najwyższym poziomie. Musiałem przemyśleć, wiedziałem że wydam prawie wszystkie oszczędności, zacząłem analizować koszty, przeliczać Euro, a na jesień planowałem egzotyczny i nie tak łatwo dostępny Bhutan.
Biegun nie dawał mi spokoju, ruina finansowa, jednak zdecydowałem że pojadę, szczególnie po tym jak przeczytałem w internecie, że wyprawy na Biegun Północny maja zostać wycofane.

Tutaj sa orientacyjne ceny:
Nordpol_.JPG
Nordpol_.JPG (47.93 KiB) Przeglądane 2860 razy

Ceny sa na bazie 2 osob w kabinie, najtańsza 1-osobowa kabina kosztuje 47150 Euro! :o

Miałem obawy, że się nie wyrobię i od razu po powrocie z wyprawy transsyberyjskiej złożyłem o wizę, która otrzymałem krótko przed wyjazdem.

Wyprawa:

Najpierw byl przelot liniami Finnair do Helsinek, a tam jedna noc w hotelu Hilton, niedaleko lotniska.
Po południu czas wolny, byłem 2 razy wcześniej w Helsinkach i nie chciało mi się jechać do miasta. Wychodziłem z hotelu na zewnątrz zapalić i dostałem porządne cygaro od przypadkowego gościa, który nie był uczestnikiem wycieczki. Szok dla innych, nie mogli uwierzyć, nie znam gościa, nawet z nim nie rozmawiałem i dostaje od tak po prostu cygaro. Przypuszczam, że byli trochę zazdrośni. Nie potrafię wyjaśnić, sam byłem zaskoczony, może dlatego, że kiedyś na Cubie, zamiast drogich cygar kupiłem najbiedniejszemu Żebrakowi z ulicy rower i wróciłem bez cygar.
To jest właśnie ciekawe, że od tamtej pory ciągle dostaje cygara, nawet od jednego gościa podczas niezapomnianej wyprawy na Antarktydę.

O pospaniu przed podrożą nie było mowy, trzeba było wstać o 2 w nocy i wystawić bagaż na zewnątrz pokoju, o 3.30 rano mieliśmy śniadanie i o 6.45 przelot liniami Finnair do Murmańska.
Na lotnisku zaopatrzyłem mnie w alkohol.
Wcześniej kupiłem ok. 4 kilo szwajc. czekolady i jak zwykle drobne prezenty, które lubię rozdawać na moich wyprawach.
Po przylocie mieliśmy zwiedzanie miasta Murmańska oraz zwiedziliśmy w porcie lodołamacz NS Lenin, wodowany w 1957 roku, pierwszy na świecie niewojenny okręt o napędzie jądrowym.

Wejście na statek zaplanowane było na godz. 14, ale nie mogliśmy wejść z jakichś powodów technicznych. Trzeba było czekać w porcie minimum 2 godziny. Niektórzy goście zaczynali strasznie marudzić. Zapytałem organizatorów, czy zamiast czekać tak długo w autokarze, nie moglibyśmy jeszcze trochę pojeździć po mieście. Zgodzili się, byłem zadowolony, miałem jeszcze ruble i wiedziałem ze będzie dość czasu na statku.

W końcu po długiej odprawie paszportowej mogliśmy wejść na gigantyczny statek.
Nie można zapominać, że ten kolos jest statkiem roboczym, a nie wycieczkowym, ale doskonale wyposażonym, ma halę sportową, 2 sauny, siłownię, mały basen z podgrzewaną wodą morską, bibliotekę, restaurację, stację medyczną, salon wykładowy, lobby, pokój radiowy no i oczywiście bar. Sam mostek kapitański ma około 30 metrów, a w tylnej części stał sobie śmigłowiec MI-2.

Nazwa "50 Let Pobiedy" upamiętnia 50 rocznicę zwycięstwa Armii Czerwonej nad hitlerowskimi Niemcami podczas II wojny światowej.
"50-lecie zwycięstwa", do tej pory największy lodołamacz na świecie (budowane są większe) to cud rosyjskiej techniki, potężna maszyna, napędzana przez 2 reaktory atomowe o mocy 175 MW każdy (75 000 PS), które mogłyby zaopatrzyć w energię elektryczną ok. 2 mln ludzi. Ma ok. 160 metrów długości, 30 metrów szerokości i wyporność 25.840 ton. Nuklearne reaktory podgrzewają wodę, która zamienia się w parę i obraca 2 turbiny, o łącznej mocy 55,2 MW, które pobudzają generatory do wytwarzania energii, zasilające silniki elektryczne, które to z kolei zasilają swoja energia 3 potężne śruby.

Ciekawe jest samo łamanie lodu, lodołamacz dosłownie wślizguje się na taflę lodu, łamie i kruszy lód swoją potężna masą. Potrzeba niesamowitej ilości energii, aby takiego kolosa wykatapultować z wody, odpychając się wyłącznie od samej wody. Oczywiście, dziób został specjalnie wzmocniony aby wytrzymać ogromny nacisk.
Ten lodołamacz ma najwyższa klasę lodową 9 i podobno może łamać lód o grubości 3 metrów, ale o ile pamiętam, Rosjanie mówili, że max. 2,5 metrów. Jeśli chodzi o sam lód, to zależy nie tylko od grubości, ale również od konsystencji, czyli twardości lodu. Czasami przełamywaliśmy się przez twardy lód z prędkością tylko 5 węzłów, a średnia prędkość podczas łamania pokrywy lodowej wynosiła 11,5 węzłów - ok. 21 km/h.
Zdarzało się nie raz, ze wjechaliśmy w kilkumetrowy gruby lód, lodołamacz się zatrzymał, gdyż nie mógł pokonać i należało wycofać.

Reaktory są bardzo dobrze chronione przed wypadkami i wstrząsami zewnętrznymi. Zostały tak zbudowane, że wytrzymałyby zderzenie z innym lodołamaczem a nawet z samolotem pasażerskim.
Reaktory i maszynownię, które robią wrażenie można zwiedzić, ale nie wolno robić zdjęć samych reaktorów.
W sterowni powiedzieli, ze pracują oba reaktory na ok. 60%. Podobno w drodze na biegun potrzebowaliśmy ok. 1kg uranu, a paliwo w reaktorach uzupełnia się co 5-7 lat!

Do zacumowania używa się potężnej 8-tonowej kotwicy.
Lodołamacz posiada urządzenia odsalające wodę morska, dziennie produkowane jest ponad 120 ton wody pitnej.

Taka ciekawostka, w 2013 sztafeta znicza olimpijskiego z Soczi dotarła z Murmańska na Biegun Północny w rekordowym czasie 91 godzin i 12 minuty!

W sterowni jest zawsze dwóch oficerów i jeden sterownik. Jeden z oficerów jest odpowiedzialny za 3 dźwignie, które odpowiadają za częstotliwość obrotów śrub. Każda z nich ma 41 pozycji, 20 do przodu, 20 do tyłu oraz stop. Drugi oficer odpowiedzialny jest za nawigacje i daje polecenia sterownikowi, który steruje lodołamacz takim małym kółkiem.
Największa szybkość to 21,4 węzłów (około 40 km/h).

Lodołamacz może zabrać na pokład max. 128 pasażerów, nie licząc załogi. Turyści byli z różnych krajów, miedzy innymi z USA, Canady, Chin, Taiwanu, Anglii, Australii, Niemiec, Szwajcarii, Austrii, Danii.
Widać było, bogaci ludzie, szczególnie z Chin, którzy de facto wynajmowali najdroższe suity, płacąc z dopłatą do jedynki ponad 300 tys. zeta, no cóż, nowy kapitalizm z Chin pozdrawia!

Na statku mała sensacja ze względu na moją znajomość rosyjskiego. Rosjanie mówili, że nie pamiętają turysty, który by aż tak dobrze mówił po rosyjsku. Wiem, że mi tylko schlebiali, przecież niecały miesiąc wcześniej jechałem w Rosji koleją transsyberyjska i mój rosyjski w dużym stopniu się polepszył. Uzyskałem przez to duża sympatię i specjalne względy załogi.

Na początku otrzymaliśmy takie żółte, bardzo cieple kurtki zimowe, które de facto można później zabrać ze sobą.
Poza tym standard, szkolenie zakładania kamizelek ratunkowych, następnie powitalny szampan, przedstawienie załogi i na reszcie ruszamy w kierunku bieguna. Do pokonania odległość 1260 mil, czyli ok. 2333 km.
Kabiny były wyposażone w prywatne łazienki z prysznicem, przede wszystkim okna, które można było otworzyć oraz stały telewizory i odtwarzacze DVD. Suity miały dodatkowo wannę, lodówkę, a w najdroższych była maszyna do kawy.

Kolacja była wspaniała, w ogóle cały czas wyśmienite jedzenie, dawno, aż tak dobrze nie jadłem. W końcu otrzymuje się coś za wcale niemałe pieniądze. Szefem kuchni był Austriak, kuchnia bardzo kreatywna, międzynarodowa z akcentem kuchni rosyjskiej. Trzy różne dania do wyboru, świeżo przygotowywane. W kuchni pracowali miedzy innymi cukiernicy z Niemiec przygotowujący przepyszne desery.
Winko i piwko było gratis do kolacji, akurat nie mieli mojego ulubionego Malbec-a, chociaż oferowane wina były w miarę OK.

Po kolacji bar i "alkoholizacja". Rożne alkohole i drinki były oferowane, ale lepsze trunki jak np. mój ulubiony koniak Cordon Bleu, czy np. niemiecki browarek pszeniczny Paulaner oraz kawy typu espresso były płatne.

W barze czekała na mnie niespodzianka. Spotykam jednego z wykładowców fakultetowych, rozmawiamy najpierw po angielsku, ale okazuje się ze jest polskim żeglarzem. Ucieszyłem mnie niezmiernie i wiadomo należało sobie z Heniem chlapnąć. :)
Henio z natury wesoły człowiek, zna bardzo dobrze kilka języków, a rosyjski lepiej ode mnie. Poza tym Henio był na pokładzie tłumaczem z j. rosyjskiego na niemiecki i angielski.

W tamta stronę Morze Barentsa było spokojne. Za oknem białe noce, widno jak w dzień, jak się chce zasnąć trzeba zasłonić firanki. Po drodze napotykaliśmy niedźwiedzie polarne, foki i morsy, które widziałem już wcześniej na Spitsbergenie. Na pewno niesamowite przeżycie dla tych, którzy widzieli po raz pierwszy.
W sumie zlokalizowaliśmy 12 sztuk niedźwiedzi polarnych, jednego udało mi się pierwszemu upatrzyć przez lornetkę z mostku, a tylko dlatego że spędzałem tam sporo czasu.
Jedna Pani ze Szwajcarii opowiadała, że miała wyjątkowego pecha i nie widziała ani jednego niedźwiedzia polarnego na Spitsbergenie. Z moich wypraw polarnych, najfajniejszym momentem było zobaczyć białe misie oprawiające ostry sex, trwający ponad godzinę, ileż to można nauczyć się od zwierząt! :)

Od czasu do czasu mieliśmy krótkie, ok. 10 min. loty śmigłowcem, jednorazowo mógł zabrać 5 pasażerów.
Można było zrobić fajne fotki lodołamacza łamiącego lód.

Ze względu na znajomość rosyjskiego inni turyści nękali mnie ciągłym tłumaczeniem. Może na początku chętnie pomagałem, ale z czasem stawało się uciążliwe i miałem dość. Nie mogłem spokojnie zjeść i miałem zimne jedzenie. Czasami były to tak bzdurne pytania, że szkoda było tłumaczyć. Nie podobało mi się, że nikt w barze mi za te tłumaczenia nic nie postawił, a doskonale widzieli, że to co zamawiam było płatne. Rosjanki, które nas w restauracji obsługiwały znały bardzo słabo angielski, a Niemcy starszej daty aż na tyle nie znali. Inne stoły obsługiwały Niemki i Austriaczki, ale te dziewczyny nie były dla nich ciekawe.
Niekiedy uciekałem do baru i prosiłem kelnerki, aby mi tam serwowały jedzenie.
Znów jeden jegomość z Berlina, właściciel drobnego interesu dorabiającego klucze, ciągle mi dokuczał, że mam arystokratyczne maniery, ze zamawiam herbatkę z cytryna i był przede wszystkim zazdrosny, że pierwszy otrzymywałem posiłki oraz obsługiwały mnie aż trzy sympatyczne Rosjanki. Nie rozumiem, czemu się ciągle do mnie dosiadał.

Obserwowałem niektórych uczestników, widać było że im się potwornie nudzi, większość podroży wydawała się dość monotonna, a do tego głośny huk, trzeba było się przyzwyczaić do ciągłego hałasu łamanego lodu, który towarzyszył od wysp Franciszka Józefa do bieguna i z powrotem. Czasami to było takie potężne zderzenie i potrafiło nieźle potrząsnąć całym statkiem.

Pewnego wieczoru, podczas kolacji powiedziałem cos po chińsku do Chińczyków siedzących przy sąsiednim stole, byli tak zaskoczeni, że wszyscy wstali, aby wypić ze mną toast. Jeden Niemiaszek, który siedział naprzeciwko powiedział: „Toll, sie sind alle aufgestanden, absolute Klasse!” Jednak najbardziej podobało się Chińczykom, że wiedziałem, jak jest po chińsku miś polarny. Powiedziałem: „Goołsin Bejtiszun”, po tym jak napotkaliśmy misia, co miało znaczyć: jestem szczęśliwy z powodu niedźwiedzi polarnych. Z pewnością gramatycznie niepoprawne, ale Chińczycy zrozumieli, gdyż strasznie ich to rozweseliło. Podczas kolejnej kolacji podarowali mi butelkę wina Lafite Rothschild, z nalepką duty free z Szanghaju. Na butelce zauważyłem cenę w Yuanach, spokojnie mogłem sobie przeliczyć i wyszło mi prawie $1000. Szok, pierwszy raz dostałem takie drogie wino za misia polarnego, jak to czasem niewiele potrzeba…
Otworzyłem butelkę, poczęstowałem Szwajcarów i Niemiaszków siedzących przy moim stole. Wino było tak wspaniałe, że te oferowane wina mi już nie smakowały. Żałowałem, że nie zrobiłem zdjęcia butelki. Ponadto Chińczycy częstowali mnie takim mocnym przezroczystym likierem: Kweichow Moutai. Mówili, że to najdroższy likier w Chinach, procentów miał co prawda i nie był zły. Jeden raz nalali mi prawie pól szklanki i zapytali czy mogę wypić ex, co oczywiście zrobiłem i otrzymałem brawa od "delegacji" chińskiej.

Jeszcze taka ciekawostka, karty menu drukowane były dla Chińczyków po chińsku.
Potrawy w restauracji nie za bardzo smakowały Chińczykom, nierzadko oddawali pełne talerze i ciągle przynosili swoje przysmaki, przyprawy, wina i likiery. Widać było, że mieli pokaźne zapasy.
Nie wiedziałem, jak mam się Chińczykom za to wino i likier odwdzięczyć. Na szczęście miałem jeszcze czekolady. Zapytałem, ilu jest pasażerów z Chin, okazało się że 19 i każdy otrzymał ode mnie szwajcarska czekoladę. Jeden gościu z Australii nazwał mnie później "chocolate man" i musiał dostać czekoladę za karę.

Dowiedziałem się od chińskiej pilotki, że Chińczycy chcieliby porozmawiać z Rosjanami, pracującymi na statku. Zapytałem wcześniej o pozwolenie i wziąłem wieczorem cala grupę, razem z tłumaczką Chinką na mostek. Mogli zadawać pytania, ja tłumaczyłem z rosyjskiego na angielski, a Chinka na chiński.
Ciekawe, bardzo bogaci Chińczycy i nie znali angielskiego.
Chłopaki ze sterowni żartowali, że jestem niby niezły numerek. :-)
Może ktoś inny nie wpadłby na taki pomysł, a w pracy wiadomo, przeszkadzać nie można. Pewnie dosyć mają natrętnych turystów, ale ten pomysł im się spodobał, jak i niektóre młode Kitajki.
Chińczycy byli bardzo wdzięczni, zaprosili mnie do Chin i od tego czasu zaczęli przysiadać się, albo zapraszali do swoich stołów. Podobało mi się, wreszcie miałem trochę spokoju. Nie zadawali pytań kelnerkom jak Niemcy i mogłem spokojnie zjeść.

Raz pamiętam, jak wilk morski Henio opowiadał na pokładzie historie wyprawy Nansena i Johansena.
Jedna Chinka, która bardzo słabo znała angielski poprosiła mnie, abym jej przetłumaczył i Heniu jak zwykle żartował: „Stary, no tłumacz na chiński”. Zaproponowałem sympatycznej Chince, że możemy spotkać nas wieczorem w barze i spróbuje opowiedzieć o wyprawach polarnych i nie tylko. :)

W czasie podroży były różne, ciekawe fakultety w j. niemieckim i angielskim o Arktyce i Antarktydzie. Nie dało rady we wszystkich uczestniczyć, ale starałem się w miarę możliwości uczęszczać. Czasami przysypiałem, szczególnie po nocnych imprezkach do rana z załoga rosyjska, którzy mnie ciągle do swoich kabin zapraszali. Podziwiałem, że potrafią balować do rana i startować bezpośrednio z imprezy do pracy.
Na fakultety Henia, zabarwiane humorem chodziłem obowiązkowo. Podobało mi się, jak np. opowiadał, że za czasów głębokiej komuny uczono go w szkole, że radio wynalazł nie Marconi (wg. Henia), ale niejaki Rosjanin o nazwisku Popow. Jednego razu ciągle przysypiałem, wstałem i chciałem cichaczem czmychnąć. Heniu od razu przerwał wykład i powiedział głośno po polsku: "Cooo, na wagary?”, zawróciłem i usiadłem, a cala sala buchnęła głośnym śmiechem.

Następnego dnia jedna z rosyjskich kelnerek miała urodziny i zaprosiła mnie do siebie do kabiny na imprezkę.
Na statku był sklepik i udało mi się kupić na prezent pluszowego, białego misia polarnego.
Impreza wiadomo, do białego rana. Nawet nie pytałem skąd wytrzasnęli tyle alkoholu, popitek, skoro bar był o 12 w nocy zamykany. Podobało mi się, jak Rosjanie potrafią się bawić. Rosjanki maja temperament, podobnie jak nasze polskie dziewczyny, a jedna taka słodka Oleńka to dosłownie fruwała pod sufitem.

Chciałem robić przerwy, aby nie popaść w alkoholizm, spać mi się nie chciało, białe noce i sporo wrażeń. Chodziłem nocami do sterowni na mostek pogadać z chłopakami. Raz zapytałem sterownika, czy mogę sobie troszkę poprowadzić. Sterownik zapytał oficerów o pozwolenie i pozwolili kierować tym kolosem. Niesamowicie zwrotna maszyna, sterowana, jak już wspominałem takim małym kółkiem, którego nie wolno przekręcić więcej niż max. 1/4 obrotu w lewo lub w prawo. Czasami oficer nawigacyjny mówił ile stopni w lewo, ile w prawo, a czasami jak nie było grubego czy twardego lodu tylko wskazywał kierunek. W miarę możliwości trzeba było wybierać wodę, aby chronić tą wspaniałą maszynę. Miałem okazję kilka razy sterować największy lodołamacz na świecie i za każdym razem nabierałem coraz większej wprawy.
W tym momencie byłem na pewno najszczęśliwszym człowiekiem i niesamowicie wdzięczny Rosjanom. Chciałem się jakoś zrewanżować, oddałem sterownikowi mój szwajcarski zegarek a 2 oficerom podarowałem oryginalne noże Victorinox, plus czekolady.
Pomyślałem sobie tylko, jakby to był amerykański, czy niemiecki statek to na pewno nie zgodziliby się.
Pozwolili mi nawet palić na mostku i nie musiałem schodzić do śmierdzącej palarni na dole bez okien.
De facto, taki sterownik zarabia ok. $1000 miesięcznie.

Zaprzyjaźniłem się z chińską tłumaczką, opowiadała mi, że praktycznie nie śpi, ciągle ktoś z grupy budzi ją w środku nocy, bo np. nie może otworzyć drzwi do kabiny. Poza tym ciągle reklamacje, że jedzenie niedobre itd.
Inne dwie młode Chinki dzieliły ta sama kabinę, ale tak się kłóciły, histeryzowały i jej dokuczały, że w końcu musiała jedna z nich wziąć do swojej kabiny. Szkoda mi jej było, wziąłem ja w nocy na mostek i zapytałem chłopaków, czy może sobie posterować. Zgodzili się, na początku pomagałem jej sterować i tłumaczyłem, była zaskoczona, skąd potrafię sterować takim statkiem. Biedaczka zapomniała o problemach i nie mogła oderwać się od steru. Sterownik tylko mnie pytał: „Nie ustala?”, odpowiedziałem: „Jesio niet”, widząc zadowolenie i błysk w jej oczach. Widok był niesamowity młoda „Kitajka” sterująca lodołamaczem, tego chyba jeszcze nie było, nie tylko mi, ale i chłopakom bardzo się podobało. Musiałem skoczyć po aparat i zrobić zdjęcie. W tym czasie wjechała w gruby lód i lodołamacz się zatrzymał, należało wycofać. Mówię do niej: „Pewnie pobudziłaś wszystkich Chińczyków i znów będzie co dobrego”.

Jednego wieczoru młoda i ładna Chinka poprosiła mnie o pomoc w zorganizowaniu czerwonej herbaty, widocznie zapomniała, że ja nie należę do organizatorów, tylko jestem turystą podobnie jak ona. Próbowałem załatwić z Rosjanami, ale bez szans i od tamtej pory staram się zabierać czerwona herbatkę na moje wyprawy. :)

Przed samym biegunem była impreza święta Króla Neptuna na zewnątrz, zorganizowano ciekawe przedstawienie przedstawienie, a później wlewano wódkę strzykawkami do gardła. Ja się chowałem, nie chciałem być nasączony alkiem jak przysłowiowa gąbka.

Punkt kulminacyjny sam biegun, zobaczyć 90 stopni na nawigatorze, wiadomo wspaniałe i niezapomniane przeżycie!
Słyszałem od jednego z pasażerów, że do tej pory tylko ok. 27 000 ludzi widziało graficzny Biegun Północny. Poczułem mnie strasznie uprzywilejowany. Biegun jest tylko zamarzniętym morzem, średnia grubość lodu to ok. 2 m, w zimie ok. 3 m, a pod nim ok. 4 km wody!
Podczas naszej wyprawy na samym biegunie była jednak woda i połacie cienkiego lodu, szok! Postępująca zmiana klimatu z pewnością daje do myślenia. Musieliśmy poszukać innego miejsca, kilka mil dalej, aby zacumować i zejść na twardy lód.

Na samym biegunie mieliśmy fantastyczna słoneczną pogodę, jednym słowem perfect!
Trafić taką pogodę na biegunie to trzeba mieć niesamowite szczęście.
Słyszałem od załogi, ze nie zawsze istnieje możliwość zejścia na ląd ze względu na ciężkie warunki klimatyczne.

W końcu zacumowaliśmy i niesamowita logistyka, aby przygotować barbecue na lodzie, napompować balon oraz przygotować miejsce do kąpieli w lodowatej wodzie morskiej.
Postawiono angielska, czerwona budkę telefoniczna, można było zadzwonić, ale ja nie korzystałem. Zameldowałem mnie wcześniej na lot balonem, ale nie byłem zadowolony. Balon był przywiązany na linach i tylko krótko wzniósł się ponad lodołamacz.
Chwilę obserwowałem kąpiele uczestników i załogi, oczywiście byli zabezpieczeni linami, aby ktoś nie wpadł pod krę. Jedna Babka z Niemiec wskoczyła nawet nago do wody. Odważni po kąpieli w lodowatej wodzie dostawali wódkę.

Fajny taki grill na biegunie, z możliwością napotkania misiów polarnych, smakował wybornie. :)
Dla chętnych był spacer po biegunie, ja chciałem być trochę sam i delektować mnie tym wspaniałym, niepowtarzalnym momentem. Powietrze było rozrzedzone i miałem wrażenie, że oddycha się inaczej, ciężej. Spróbowałem nawet, jak smakuje śnieg. Od jednego Niemiaszka z Niemiec Wschodnich dostałem kolejne cygaro i mogłem sobie zapalić na specjalnie przygotowanym miejscu, a to cygaro, które dostałem w Helsinkach zachowałem na pamiątkę, że było razem ze mną na biegunie. Teren był pilnowany przez załogę z karabinami, aby przypadkiem jakiś niedźwiadek się nie przypałętał.

Można było wysłać kartki z bieguna w cenie $3 za znaczek, które były później wysyłane z Austrii, kompletny nonsens!
Ja załatwiłem z Rosjanami i wysłali z Murmańska z pieczątkami rosyjskimi, a na znaczkach był miś polarny i renifer.
Jedną z pocztówek wysłałem sobie na pamiątkę, a sympatyczna Chinka napisała mi text po chińsku. :)

W drodze powrotnej spotkaliśmy misię polarna z małymi, a później druga misię, która była dość zaciekawiona i podeszła, aż pod sam statek. Tak na prawdę mieliśmy duże szczęście zobaczyć live tyle niedźwiedzi polarnych.
Później znów wyspy Franciszka Józefa. Zwiedziliśmy wyspę Rudolfa zodiakami (gumowymi pontonami).
Były tam drewniane, opuszczone chatki i dużo takich zardzewiałych beczek. Trochę przypominało mi wyspę Deception z Antarktydy. Cieszyłem mnie, trochę rozprostować nogi na lądzie, ale jedna pani Niemka zaczęła mocno narzekać, po cośmy tu przyjechali, przecież tu nic ciekawego nie ma. Miałem powiedzieć, że pomyliła destynacje, ale powstrzymałem mnie od komentarzy z racji tego, że małżonek podarował mi wyśmienite, cubańskie cygaro marki Cohiba.

Na wyspę Cham polecieliśmy śmigłowcem. Wyspa jest bardzo atrakcyjna, nie tylko ze względu na nietknięte cywilizacją krajobrazy, lecz z powodu tajemniczych kamiennych kul imponujących rozmiarów oraz perfekcyjnie okrągłych kształtów. Kule te są różnych rozmiarów - od większych wzrostu człowieka po całkiem małe, wielkości piłki tenisowej. Wiele z tych kul pod wpływem erozji wiatru, niskich temperatur i wody straciły idealny okrągły charakter, stając się zwykłymi głazami. Do dnia dzisiejszego istnieje wiele teorii na temat tych bardzo tajemniczych kul. Jednakże żadna z nich nie jest w stanie odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących pochodzenia i znaczenia. Czy te kule były tu od zawsze, czy też mogły zostać przywiezione, ale w jakim celu? Jak na razie pozostaje ciekawą zagadką.

Poinformowano nas, że istnieje możliwość prywatnego przelotu ok. pół godziny za $3000 nad wyspami Franciszka Józefa. Mieliśmy co prawda krótkie przeloty helicopterem, ale jedna Pani z Niemiec Zachodnich strasznie się uparła i szukała chętnych. Powiedziałem, ze jak zorganizuje dodatkowe osoby, to polecę za $750 od osoby.
W końcu znalazły się cztery chętne osoby, ale Pani Niemka marudziła, że koniecznie chce polecieć jak najwyżej na maxa, aby zobaczyć krzywiznę ziemi. Z kolei ja nie chciałem, aby ktoś z załogi poleciał i zasłaniał widok, chciałem mieć możliwość robienia zdjęć z obu stron, gdyż dwa miejsca z tyłu były już zarezerwowane. Po długich pertraktacjach kierownictwo zgodziło się, że to ja zastąpię kogoś z załogi, będę rozmawiał bezpośrednio z pilotem Viktorem i jednocześnie tłumaczył. Był to dla mnie zaszczyt i niesamowite zaufanie ze strony Rosjan, a przede wszystkim kierownika całej wyprawy Alexa z Canady.

Nie chciałem sztresować pilota wcześniej, powiedziałem mu dopiero po starcie, że ta Pani z tylu życzy sobie, abyśmy polecieli tak wysoko, na ile to jest możliwe. Biedny pilot Viktor zaklął ostro pod nosem, a ja przetłumaczyłem, że się cieszy. Nie wiem, czy jakiś inny pilot by się tak szybko zgodził. Wzbiliśmy się na prawdę wysoko, do granic możliwości, widać było, że maszyna już się strasznie męczy, poci i wyżej nie może, bałem się, żeby się nie rozleciała w powietrzu.
W końcu sam zadecydowałem, że wystarczy, widząc po minie i gestykulacji Niemki, że jest bardzo zadowolona. Przelot był fascynujący, później polataliśmy jeszcze nad górzystą wyspa MacKlintok, ale już na niższym pułapie.
Przypominam MI-2, polecieć na maxa taką maszyną jest samo w sobie nie lada atrakcją. :)

Po powrocie z wyprawy śmigłowcem podchodzi do mnie jeden Rosjanin z załogi, nie widziałem go wcześniej, pewnie pracował gdzieś głęboko pod pokładem, ściska mi rękę i mówi: „Dziękuje bardzo, że Pan tak dobrze zna nasz język”. Te słowa, tak mnie obezwładniły, że nie wiedziałem co mam powiedzieć. Tak jak się pojawił tak zniknął, szkoda że później go nie spotkałem. Na pewno nie zapomnę, jeszcze nikt mi nigdy za jakiś język nie podziękował. Nie wiem, czy ktoś potrafi mnie zrozumieć, ale te mocne i szczere słowa potrafiły przebić nawet helicopter śmigający nad wyspami Franciszka Józefa.

Niemka i jej partner byli tak zadowoleni, że zaprosili mnie na wódeczkę do baru. Zamówili po 2 kolejki najdroższej wódki dla 4 osób i później poszli sobie spokojnie do kabiny, zapominając o podpisaniu rachunku. W końcu ja musiałem za ta wódkę zapłacić, ponieważ kelnerka rozpaczała kto teraz zapłaci. De facto ten partner ma poważną firmę w Niemczech, a Pani Niemka jest okulistką z uprawnieniami pilota. Henio nazwał ja „Frau Pilotin”.
Zaproponowałem, aby w podziękowaniu dać pilotowi napiwek. Ma tylko pensję i w końcu poleciał tak wysoko na specjalne życzenie klientów. Ten Niemiaszek, właściciel firmy próbował mi tłumaczyć, że dla Victora wystarczy uścisk ręki i nie było sensu dalej rozmawiać. Dopiero na drugi dzień Niemiec i Frau Pilotin przemyśleli i Victor dostał od nas napiwek.

Któregoś dnia zorganizowano wspaniale barbecue na świeżym powietrzu, w tym celu ustawiono stoliki na zewnętrznym pokładzie lodołamacza.

W okolicach wyspy Bell mieliśmy wycieczkę zodiakami, ale tym razem bez schodzenia na ląd.
Po drodze odłupaliśmy i zabrali trochę lodu do drinków, gdyz lód pochodzący z lodowca jest naprawdę czysty i smaczny.

Jednego ranka nasz heli nagle odleciał, a wylądował uzbrojony rosyjski śmigłowiec wojskowy, myślałem, że wojna, ale okazało się, że trzeba przewieźć rannego wojaka do Murmańska.
W drodze powrotnej wczesnym rankiem mieliśmy duże, prawie 7 metrowe fale i nieźle kołysało na morzu Barentsa.
Nawet taki kolos był bezsilny i zaokrąglony dziób statku był bardziej narażony na uderzenia fal niż na innych statkach. Bałem się o helicopter, żeby się nie oderwał i nie wpadł do morza.

Na statku był malarz i miał własna galerie, Henio nazwał go „Tawariszcz Chudosznik (tzn. towarzysz malarz).
Chciałem kupić obraz z misiem polarnym, który mi się niesamowicie podobał, ale był niedokończony.
Tawariszcz był mocno zaskoczony, jeszcze nikt nie pytał o zakup niedokończonego obrazu i nie chciał sprzedać, a Heniu jak zwykle żartował: „Tawariszcz Chudosznik żdat, on priletaju swoju maszinu i wsio u Was pakupi”. :)

Na koniec była aukcja i sprzedawano nawet sporo rzeczy, jak np. oryginalna mapę podroży, obraz z lodołamaczem etc.
Celem aukcji miało być ratowanie misiów polarnych i ceny dochodziły nawet do $9000.
W końcu bogaci Chińczycy prawie wszystko zgarnęli, podbijali się wzajemnie, wyglądało że robią to na pokaz.
Jedno małżeństwo z Chin starało się usilnie kupić wszystko, co najdroższe, wydali prawie $20 000 i byli źli na tłumacza, że źle zareagował i małżeństwo z Niemiec Wschodnich podkupiło im drogi obraz z lodołamaczem.
Każdy, kto dokonał zakupu na aukcji otrzymywał butelkę prawdziwego szampana.
Ja tak skromniutko, kupiłem na aukcji pamiątkowa monetę z lodołamaczem, gdyż kocham misie polarne.
Heniu podszedł do mnie z szampanem i szepnął: „Nieźle pojechałeś, dawaj jeszcze." :)

Ostatniej nocy super dyskoteka, fajna muzyka, szkoda że wcześniej nie organizowali dyskotek. Podobało mi, się że uczestniczyli również Rosjanki i Rosjanie pracujący na statku.
Ładny gest zrobili Chińczycy, którzy zaprosili mnie na oficjalne pożegnanie tylko w swoim gronie.

Pożegnanie:

Każdy uczestnik otrzymał certyfikat oraz wbito pieczątki: "THE GEOGRAPHIC NORTH POLE 90°N" w paszportach.
Ja otrzymałem 2 certyfikaty, jeden za zdobycie bieguna, a drugi za lot balonem.
Sympatyczni Rosjanie podarowali mi CD z muzyka rosyjska oraz obraz z lodołamaczem i jak ich za to nie lubić?
Przed opuszczeniem statku nastąpiły rozliczenia, akceptowali karty kredytowe, mój rachunek był wysoki.
Ponadto wręczyłem napiwki członkom załogi i organizatorom.

Koniec imprezy:

Po powrocie do Murmańska długa odprawa paszportowa, następnie przelot do Helsinek na jedna noc, ale hotel tym razem w centrum. Poszedłem na miasto ze Szwajcarami i zjadłem wspaniały stek z renifera z żurawiną.
W porcie widzieliśmy fiński lodołamacz, ale już nie taki o napędzie atomowym. Wszyscy westchnęli, chyba zatęskniliśmy za tamtym wspaniałym statkiem.

Cała wyprawa trwała 14 dni, wiele się jeszcze działo, nie sposób wszystko opisać.
Gdyby ktoś mi opowiedział pewnie nie uwierzyłbym, a jak widać, samo życie pisze najpiękniejsze historie.
Czasem wstaje rano i myślę, że to mi się tylko śniło, ale obraz tego wspaniałego lodołamacza na ścianie ciągle mi przypomina, że to jednak nie sen tylko rzeczywistość. :)


Dane techniczne lodołamacza "50 lat zwycięstwa":

Data ukończenia budowy: 2007 (budowa zajęła prawie 18 lat!)

Stocznia: St. Petersburg, Rosja

Klasa lodowa: ACR 9

Napęd: 2 reaktory jądrowe (2 × 175 MW) oraz 2 turbiny parowe (2 × 27.6 MW)

Moc silnika: 75 000 PS

Wyporność: 25 840 BRT

Zanurzenie: max. 11 m

Długość: 159,6 m

Szerokość: 30 m

Pokłady pasażerskie: 4

Kabiny: 64 zewnętrzne kabiny

Max. liczba pasażerów: 128 gości

Załoga: ok. 140 członków załogi

Helicopter: MI-2 lub MI-8 (podczas mojej wyprawy latałem MI-2)

Energia elektryczna: 220 volt

Max. prędkość: 21,4 węzłów

Cechy szczególne: największy i najnowocześniejszy lodołamacz na świecie


Filmiki:

https://www.youtube.com/watch?v=LmZUuvrQoPw

https://www.youtube.com/watch?v=6G9B1fyqV4g

https://www.youtube.com/watch?v=b23XaOPCL3s



Biegun Północny po raz drugi:

W maju zeszłego roku udało mi się po raz kolejny zaliczyć Biegun Północny, tym razem na pokładzie samolotu Air Berlin.
Punktem kulminacyjnym był nie tylko sam Biegun, ale dwukrotne okrążenie kuli ziemskiej, w czasie zaledwie kilku minut przekroczyliśmy wszystkie stopnie długości geograficznej. W drodze powrotnej ze zniżonego pułapu mieliśmy okazje podziwiać wspaniałe widoki Grenlandii Północnej i Wschodniej.

Tutaj jest filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=h-FzlCL ... e=youtu.be


Jednak najbardziej spektakularna była moja pierwsza wyprawa na Spitsbergen, gdyż działo się tam wiele niewytłumaczalnych rzeczy i ciężko opisać. W każdym razie zmieniła cale moje życie. :)


Moje zdjęcia z niezapomnianej wyprawy na Biegun lodołamaczem atomowym:
Załączniki
1 (Copy).JPG
1 (Copy).JPG (119.49 KiB) Przeglądane 2012 razy
2 (Copy).JPG
2 (Copy).JPG (118.93 KiB) Przeglądane 2012 razy
3 (Copy).JPG
3 (Copy).JPG (200.7 KiB) Przeglądane 2012 razy
4 (Copy).JPG
4 (Copy).JPG (165.9 KiB) Przeglądane 2012 razy
5 (Copy).JPG
5 (Copy).JPG (58.39 KiB) Przeglądane 2012 razy
6 (Copy).JPG
6 (Copy).JPG (53.58 KiB) Przeglądane 2012 razy
7 (Copy).JPG
7 (Copy).JPG (171.35 KiB) Przeglądane 2012 razy
8 (Copy).JPG
8 (Copy).JPG (165.28 KiB) Przeglądane 2012 razy
9 (Copy).JPG
9 (Copy).JPG (162.68 KiB) Przeglądane 2012 razy
10 (Copy).JPG
10 (Copy).JPG (125.76 KiB) Przeglądane 2012 razy
11 (Copy).JPG
11 (Copy).JPG (164.99 KiB) Przeglądane 2012 razy
12 (Copy).JPG
12 (Copy).JPG (171.59 KiB) Przeglądane 2012 razy
13 (Copy).JPG
13 (Copy).JPG (78.46 KiB) Przeglądane 2012 razy
14 (Copy).JPG
14 (Copy).JPG (117.5 KiB) Przeglądane 2012 razy
15 (Copy).JPG
15 (Copy).JPG (115.31 KiB) Przeglądane 2012 razy
16 (Copy).JPG
16 (Copy).JPG (104.04 KiB) Przeglądane 2012 razy
17 (Copy).JPG
17 (Copy).JPG (186.16 KiB) Przeglądane 2012 razy
18 (Copy).JPG
18 (Copy).JPG (143.41 KiB) Przeglądane 2012 razy
19 (Copy).JPG
19 (Copy).JPG (140.59 KiB) Przeglądane 2012 razy
20 (Copy).JPG
20 (Copy).JPG (112.22 KiB) Przeglądane 2012 razy
21 (Copy).JPG
21 (Copy).JPG (304.31 KiB) Przeglądane 2012 razy
22 (Copy).JPG
22 (Copy).JPG (89.22 KiB) Przeglądane 2012 razy
23 (Copy).JPG
23 (Copy).JPG (66.3 KiB) Przeglądane 2012 razy
24 (Copy).JPG
24 (Copy).JPG (98.09 KiB) Przeglądane 2012 razy
Dla mnie podróże maja na celu nie tylko spełnienie marzeń i poznanie innych kultur, ale przede wszystkim poznanie samego siebie.
Relacja z wyprawy na Biegun Pólnocny lodołamaczem atomowym
Relacja z wyprawy na Antarktydę / Polska Stacja Arctowski
Wizyta w Czarnobylu i Prypeci

Avatar użytkownika
ccc
Podróżnik

  • Posty: 130
  • Dołączył(a): 06 kwi 2016 16:25
  • Podziękował : 7 razy
  • Otrzymał podziękowań: 9 razy
Góra

Re: Relacja z wyprawy na Biegun Pólnocny lodołamaczem atomow

Nieprzeczytany postprzez admin » 11 lut 2018 23:27

Kurcze człowiek przenosi się oczyma wyobraźni jak się to czyta a co dopiero będąc tam i to w tak nietuzinkowym towarzystwie.

Ciekawie i tak dokładnie to wszystko opisałeś, wielkie dzięki. Swoją drogą tak patrząc na taki statek napędzany siłą reaktorów kojarzyć się on może z taką tykającą bombą, tymczasem nikt nie wspomina o tym z jaką mocą napędza silniki i to elektryczne nie pozostawiając splin za sobą. Dla mnie miłośnika przyrody taki układ bardzo się podoba.

No i ta wisienka na torcie biegun. Niewątpliwie jedno z nielicznych miejsc na świecie tak mało odkrytych, i dobrze pozostawmy przyrodę nietkniętą choć w jednym miejscu na ziemi.

PS

Relacja bomba, dodana do najlepszych fotorelacji forum. Dzięki :) :)
Nasze forum turystyczne http://podroze-forum.pl/ - wszystko o podróżach w jednym miejscu. Zapraszamy także na:
Obrazek ObrazekObrazek Obrazek

Avatar użytkownika
admin
Administrator

  • Posty: 4558
  • Dołączył(a): 12 mar 2010 12:22
  • Podziękował : 125 razy
  • Otrzymał podziękowań: 136 razy
Góra

Wyświetl posty nie starsze niż: Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

  • Reklama
Polska Baza noclegowa Spanie.Online Rozliczenie podatku za granicą Apartamenty Hiszpania Baza Noclegowa